Nie wyobrażam sobie bez niego lata (zastępuje mi podkład) ani zimy (przedłuża opaleniznę). Krem tonujący to mało popularny, a naprawdę godny lansowania kosmetyk. Zwłaszcza gdy, jak nowy Dior, ma dodatkowe własności odmładzające. (AK)
Odkryłam krem tonujący kilka lat temu (też zresztą był to Dior, ale potem używałam też z zadowoleniem Nivei, a ostatnio La Roche-Posay) i od razu się zakochałam! To mój absolutny letni „must-have”. W ubiegłym sezonie odkryłam jednak, że to też genialny kosmetyk na zimę – pozwala przedłużyć naturalną opaleniznę bez stosowania pudrów brązujących (ja zimą zdecydowanie przerzucam się na róże).
Ale wracając do Diora - od niedawna w sprzedaży jest krem tonujący z odmładzającej linii Capture Totale. Nie tylko działa intensywnie na zmarszczki i wiotkość skóry (to dlatego z czystym spokojem możesz go stosować zamiast kremu), lecz również przywraca jej zdrowy blask. I uwaga, wcale nie chodzi tu o rozświetlające cząsteczki – w laboratoriach Diora odkryto, że zmiana koloru skóry wraz z wiekiem (z brzoskwiniowej na żółtą, szarawą) następuje na skutek utleniania się białek skóry. W kremie zawarto więc składnik, który hamuje ten proces. Poza tym pigment nowej generacji (będący mieszanką kilku kolorów) „inteligentnie” wykrywa i natychmiast koryguje niedoskonałości koloru skóry (jeśli staje się zbyt żółtawa, krem odbija więcej różu, a zielenią gasi czerwień). Szkoda tylko, że ma tak wysoką cenę – przyzwyczaiłam się do tego, że krem tonujący to dosyć tani, podstawowy kosmetyk. No ale, fakt faktem, ten krem daleko wychodzi poza tę formułę (dlatego ma cenę luksusowego kremu odmładzającego, a nie tonera).
Krem tonujący Capture Totale Soin Teinte Sublimateur D'Eclat (Dior, 379 zł)