„Ratunku, zaspałam!”. Sprawdź, co możesz zrobić, aby w ciągu 15 minut przygotować się do wyjścia. Oto absolutne urodowe minimum. Przetestowałam je na sobie. (AK)
Prysznic w 5 minut Naprawdę tyle wystarczy, aby się odświeżyć. Gdy mam mało czasu, do mycia używam aromatycznego żelu peelingującego, najlepiej dosyć gęstego i tłustego, np. Exfotonic L'Oreal Paris lub Tonic Foaming Scrub marki Elancyl – szybko się zmywają, skóra po nich pięknie pachnie, jest idealnie gładka i miękka, nie muszę więc kłaść balsamu. Można też użyć ich… zamiast żelu do golenia! Lubię też wtedy zakończyć prysznic zimną wodą – to nie tylko ujędrnia skórę, ale też świetnie orzeźwia i pobudza do działania.
Co z myciem włosów? Jeśli absolutnie muszę, to muszę. Latem jest wygodniej, bo po prostu ich nie suszę. Zimą czasami używam tzw. suchego szamponu w proszku (np. Rene Furterer) - spryskuję nim włosy i dobrze wyczesuję (zajmuje to ok. 3 minut). Ma tę zaletę, że włosy po nim dobrze się układają, więc od razu mam świetną fryzurę. I jeszcze jeden pomysł – zwykle grzywka przetłuszcza się najszybciej (choćby dlatego, że częściej dotykasz jej rękami niż resztę włosów), możesz więc rano umyć szamponem i wysuszyć tylko ją!
Kremowanie – obowiązkowo Szybko wklepuję krem pod oczy i krem na dzień. Jeśli naprawdę bardzo, ale to bardzo się spieszę, aplikuję trochę mniej kremu niż zwykle, zwłaszcza gdy ma tłustawą konsystencję - aby nie musieć czekać z robieniem makijażu. Krem do rąk noszę w torebce, więc nakładam go, idąc do samochodu. I uwaga! Gdy masz mało czasu, nigdy, ale to przenigdy nie testuj nowości. Ja tak kiedyś zrobiłam – zanim doszłam na spotkanie, twarz mi spuchła jak balon i wyskoczyła wysypka. Nawet nie miałam czasu wpaść po drodze do apteki po jakieś remedium!
Najlepszy czas na perfumy Jest wtedy, gdy jeszcze nie włożyłam ubrania i nie zabrałam się za malowanie. Bo zdarzało mi się, że gdy zostawiałam to na koniec, po prostu… zapominałam się poperfumować (a gdy to sobie uświadomiłam podczas spotkania, czułam się naprawdę fatalnie!). Poza tym wtedy nie boisz się, że poplamisz ciuchy (wcześniej też używam dezodorantu). W bieliźnie się również maluję (i obmyślam w tym czasie, co włożyć, żeby potem nie musieć tego zmieniać w pełnym make-upie – plamy na bluzce gwarantowane i kolejne 3 minuty w plecy).
Makijaż w wersji minimum Njaszybciej użyć „pudro-podkładu” w kompakcie (moim ulubionym jest Almost Powder Makeup Clinique). Świetnie maskuje niedoskonałości, daje matowe, aksamitne wykończenie. Co ważne – nie brudzi w czasie aplikacji rąk (klasyczny podkład-fluid ja wklepuję palcami, więc czas zabiera mi jeszcze ich dokładne umycie). Na powieki nakładam jasny, lekko opalizujący cień, a linię rzęs podkreślam ciemniejszym cieniem, który rozcieram pacynką (nie wymaga to tyle czasu i precyzji co narysowanie kresek kredką lub eyelinerem). Tusz tylko na górne rzęsy (bo gdy maluję dolne, zwykle odbijają mi się ślady pod oczami i muszę je ścierać). Brwi przeczesuję grzebykiem, już nie maluję. Na usta błyszczyk i jestem gotowa do wyjścia!
2. Podkład w pudrze Almost Powder Makeup SPF 15 (Clinique, 135 zł)