ESTETYCZNE SEKRETY PAULINY SMASZCZ-KURZAJEWSKIEJ

ESTETYCZNE SEKRETY PAULINY SMASZCZ-KURZAJEWSKIEJ

303
0
PODZIEL SIĘ
Paulina Smaszcz

Paulina Smaszcz-Kurzajewska – żona, mama, kiedyś popularna prezenterka telewizyjna, dziś szefowa PRu wielkiej korporacji. I kobieta, która nie kryje się z tym, że już ponad dekadę temu rozpoczęła swój romans z zabiegami z zakresu medycyny estetycznej. Co wybrała na ten „estetyczny pierwszy raz”, dlaczego nie widać, że coś w sobie „poprawiała” i czym jest dla niej Piękno Bez Obaw?

Piekno_bez_obaw_logoCzym jest dla Pani hasło „Piękno Bez Obaw” – co Pani myśli, słysząc te słowa?

„Piękno Bez Obaw” to wszystko to, co spowoduje, że zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie będę się czuła wyjątkową, piękną, zadbaną, dojrzałą, świadomą kobietą. I będę korzystała w odkrywaniu tego piękna z wachlarza możliwości, które nie przynoszą mojemu wyglądowi, zdrowiu ani życiu żadnych zagrożeń.

Na ile to, jak Pani wygląda, przekłada się na to jak się Pani czuje? Czy dobry look ma naprawdę tak ogromny wpływ na samopoczucie?

Ja, prowadząc od wielu lat warsztaty dla kobiet, mówię, jak ważne jest dobre samopoczucie. Nie jesteśmy w stanie kochać innych i dawać im pozytywnej energii, w ogóle żyć z innymi, jeśli nie kochamy samych siebie. Ja czasami patrzę na kobietę na ulicy i po prostu wiem – wiem, że jeśli ona ma „taką” minę, to w niej jest tyle agresji i tyle złych emocji, że ona może tylko iść „na zwarcie” mówiąc kolokwialnie. Jeśli myślimy o sobie, że dobrze wyglądamy, jeśli jesteśmy zadbane, przygotowane i same ze sobą w zgodzie, to to nam daje siłę i nas napędza zarówno do działań zawodowych, jak i prywatnych. Nam się chce, my możemy, my wierzymy, a nawet jak przychodzi zmęczenie, to wiemy, że to chwilowy kryzys, który minie i ta świadomość nas napędza dalej do działania. Choć oczywiście największym motorem jest miłość i partner, który daje nam poczucie spełnienia i bezpieczeństwa.

… i sprawia, że czujemy się piękne?

Tak, bo to jest nasze lustro. On jest naszym lustrem. Ale z drugiej strony, jeśli to będzie tylko to – to za mało. My musimy ze sobą czuć się dobrze. Dlaczego? Bo gdy zabraknie tego partnera, nasze poczucie wartości i świadomość piękna nie odejdą razem z nim. Tylko zostaną z nami. W nas. Co z tego, że mam 3 kilo za dużo tu czy tam, czy za małe albo za duże piersi? To tylko i aż kwestia zaakceptowania tego faktu albo podjęcia kroków: chcę to zmienić, to mi przeszkadza, to powoduje, że się cofam, że nie czuję się pewna, boję się odezwać, nie chcę wyjść na spotkanie, boję się oceny. Dlatego każda z nas powinna sobie zrobić taki „estetyczny rachunek sumienia” i odpowiedzieć na pytania, co nas napędza, a co nas cofa? Jeśli jest coś, co mogę poprawić, jeśli jest coś, co mogę w jakikolwiek sposób zmienić, to róbmy to. Róbmy to, bo ważny jest ten końcowy efekt!

Jak rozpoczęła się Pani przygoda z medycyną estetyczną?

Ja po prostu mam bardzo suchą skórę i kiedyś któryś z lekarzy dermatologów powiedział mi wprost: „Pani Paulino, my już tutaj nie damy rady pomóc kremami, maseczkami czy maściami, a nawet najbardziej prawidłowo zbilansowaną dietą i piciem optymalnej ilości wody. Ma Pani taką a nie inną skórę, więc niech może Pani spróbuje zadbać o nią poprzez mezoterapię”. Ponieważ było to już kilka lat temu, w czasach kiedy jeszcze nie były dostępne zabiegi z wykorzystaniem osocza bogatopłytkowego, mezoterapia wydała mi się logicznym wyjściem. A że było to przed trzydziestką, to miałam oczywiście wątpliwości pokroju: czy ja na to nie jestem za młoda? Dlatego zaczęłam szukać informacji w internecie, chodziłam po zagranicznych forach, blogach etc. i okazało się, że nie – że to nie wiek jest najważniejszym kryterium, a potrzeby skóry, które niekoniecznie są w jakimkolwiek związku z tym, ile lat wskazuje nasza metryka. Dlatego ja przyznaję szczerze – to, w jaki sposób poprawiła mi się cera, jak pozbyłam się problemów trądzikowych (choćby wyprysków przed menstruacją) jest dla mnie niesamowite. Ale uwaga: ważna jest nie tylko (choć bardzo) regularność, ale przede wszystkim wybór odpowiedniego zabiegu oraz profesjonalisty lekarza. I to jest właśnie to Piękno Bez Obaw.

Czy uważa Pani, że jest jakaś granica wieku, po której wolno i wypada coś w sobie zmienić/poprawić, czy powinnyśmy słuchać siebie i nie zwracać uwagi na (być może pełne zazdrości) komentarze tzw. życzliwych?

Ja myślę, że to kwestia indywidualna zależna od tego, kto jaki ma problem. Jeśli młoda dziewczyna ma ogromny kłopot z trądzikiem i nie może brać leków, które stosuje się w tego typu terapiach (antybiotyków czy hormonów), to myślę, że warto jak najszybciej i jak najbardziej regularnie poddawać się tego typu zabiegom i tu nie ma granicy wieku. Inny przykład? Odstające uszy. Jeśli ktoś ma z ich powodów kompleksy, jest narażony na kpiny i jest to źródłem dyskomfortu psychicznego, to trzeba to robić jak najszybciej. Tu nie ma na co czekać.

Już wiemy, że za namową lekarza dermatologa, na “ten estetyczny pierwszy raz” wybrała Pani mezoterapię. A jakie są inne Pani ulubione zabiegi z zakresu medycyny estetycznej? Co wykonuje Pani regularnie? Co by Pani poleciła? Poza wspomnianą mezoterapią?

Rzeczywiście, nadal regularnie korzystam z mezoterapii oraz z różnych zabiegów ujędrniających, bo przecież powinnyśmy dbać nie tylko o twarz, ale całe ciało. Na pewno więc endermologia, która jest fantastyczna, ale także np. mezoterapia w uda, która pomaga w walce z cellulitem czy zabiegi na okolice kolan. Ujędrnienie skóry w tym miejscu tylko dietą i ćwiczeniami jest praktycznie niemożliwe. Dlaczego zatem nie pomóc sobie w taki sposób – skuteczny i bezpieczny? A wracając jeszcze do tematu twarzy, to ja jestem jeszcze fanką peelingów chemicznych. Ale tu trzeba bardzo uważać, bo nie wszystkie są dla wszystkich. Ja mam bardzo wrażliwą i suchą skórę, choć z obszarami mieszanymi, która może być nie lada wyzwaniem. Ale dobrze dobrany peeling, powtarzany w zalecanych przez lekarza seriach, daje naprawdę doskonałe efekty, których nie osiągniemy stosując kosmetyki dostępne w drogerii.

Czy i gdzie leży granica? Czego by Pani sobie nie zrobiła/nie poprawiła?

Ust.

A dlaczego?

Po pierwsze, bo nie mam z nimi problemu (śmiech)…

… a to prawda i całkiem inna kwestia! A co jeszcze Panią przed ingerencją w usta powstrzymuje?

Ja się po prostu boję. Ofiary tych ust – bo trudno to inaczej nazwać, chodzące po ulicach są rodem jak z filmu grozy – można by nimi dzieci straszyć w nocy! I to jest dla mnie przerażające, dlatego ja nigdy nic nie robiłam przy ustach. I drugi zabieg, jakiego na pewno nie zrobię i o czym wiedzą znający mnie lekarze, to są wypełniacze policzków, które zamykają oko i sprawiają, że policzki wyglądają na wiecznie opuchnięte…

… aż twarz wygląda jak trójkąt! No i te usta…

No właśnie! I dlatego ja sobie czegoś takiego nigdy nie zrobię. To jest tak nienaturalne, takie wręcz dziwne, że ja za to dziękuję. Nie chcę i nie planuję! Tylko patrzę z przerażeniem.

Czyli raczej zabiegi regenerujące, odżywiające, pobudzające naturalne właściwości skóry niż te, dosłownie, sztucznie wypełniające problem?

Tak. No bo przecież w medycynie estetycznej nie chodzi o to, żeby nas zmienić, ale uzupełnić to, czego nam z wiekiem brakuje. No ja mam 44 lata i moje skórze brakuje kolagenu, witamin czy soli mineralnych. Stąd „kocha” wszelkiego rodzaju tzw. bomby witaminowe, aplikowane choćby w postaci mezoterapii czy nitki kolagenowe.

A jak Pani wybiera lekarza? Czy w grę wchodzi marketing szeptany, opinie koleżanek lub te z internetowych forów? Jeszcze kilkanaście lat temu istniały 2 czy 3 gabinety w mieście, teraz tyle potrafi być przy jednej ulicy. Jak z tego gąszczu ofert wybrać tego sprawdzonego i bezpiecznego specjalistę, który nam pomoże a nie zrobi krzywdę?

Myślę, że najważniejszy jest zdrowy rozsądek. I wracamy do hasła Piękno Bez Obaw. Bo to nie jest tylko bogaty wachlarz zabiegów, ale także, a właściwie przede wszystkim, kwesta wyboru właśnie lekarza. Dla mnie gwarancją jest to, że klinika przez wiele lat funkcjonuje na rynku. Po drugie ważne jest to, by nie opierać się tylko na forach internetowych, ale także podpytać bezpośrednich klientów, wysłuchać i pozytywnych i negatywnych opinii. Takie też się zawsze znajdą. Co jeszcze? Zbyt dużo promocji świadczy o małej liczbie klientów, a jak zbyt łatwo się do kliniki dostać, to sygnał, że też coś może być nie tak. Oczywiście to może być tylko zabieg PRowo-marketingowy, ale ten aspekt także warto mieć na uwadze. Ja ponadto bardzo lubię rozmawiać z innymi pacjentkami i przysłuchiwać się, co mówią w poczekalni (śmiech).
Dla mnie ważne jest, gdy idę na wizytę konsultacyjną, racjonalne podejście lekarza i plan zabiegów rozłożony w czasie. Mam mieć poczucie, że lekarz chce mi pomóc, a nie mnie zmienić. Bardzo lubię także, i to mi daje poczucie, że tak, ten lekarz może być OK, gdy słyszę, że dany problem, to tylko mój problem, często wyolbrzymiony, bo on – jako ekspert – w ogóle go nie dostrzega. Bo najgorszy specjalista to taki, który tylko słucha, czego chce pacjentka i ustala listę kolejnych procedur do wykonania, bez względu na to, czy mają swoje medyczne lub estetyczne uzasadnienie, czy nie. Musi być rozmowa, musi być dialog. Dlatego ta racjonalność lekarza bardzo mnie przekonuje. Nie lubię także lekarzy, którzy są bardzo głośni, po prostu ekspresyjni – dla mnie specjalista ma być skupiony i opanowany, bo to daje mi dodatkowe poczucie, że trafiłam w dobre ręce. Musi także potrafić odpowiedzieć mi na każde pytanie, zwłaszcza z zakresu przeciwwskazań i ewentualnych skutków ubocznych. A o samych zabiegach lubię poczytać w internecie. A wie Pani, co mnie ujęło w Klinice La Perla? Że pierwszy raz lekarz, w tym wypadku dr Aldona Stachura, zleciła mi wykonanie szeregu badań, w tym EKG czy RTG klatki piersiowej, analizy krwi, a nawet moczu, badań wrażliwych. I to spowodowało, że poczułam się bezpiecznie. Nabrałam przekonania, że tak – ten lekarz postrzega mnie holistyczne, mnie całą – nie jako fragment skóry twarzy, ale cały organizm.

Co, poza zabiegami, robi Pani dla swojego ciała? Wiemy przecież, że medycyna estetyczna nie może być alternatywą dla sportu i diety, a raczej jedną z opcji kompleksowej troski o ciało.

Poza zabiegami na twarz, stosuję zabiegi na ciało. Ale nie mogą być one podstawą, tylko uzupełnieniem codziennej prawidłowo zbilansowanej diety i aktywności fizycznej. Ja regularnie chodzę na siłownię, gram w tenisa, jeżdżę konno i na rowerze. Generalnie, gdy mam trochę wolnego czasu, to staram się spędzić go na sportowo. Ale ustalmy – ja nie mam codziennie 3 wolnych godzin, czasem trudno mi wygospodarować i 30 minut, ale choćby to, że się rozciągnę, że wrócę do domu spacerem czy że zrobię 100 brzuszków, to już jest coś. Bo nie czarujmy się – pracując bardzo dużo, czasem jestem po prostu strasznie zmęczona i nie mam ani siły ani ochoty, ale bardzo się staram. Dlatego reasumując – to nie jest tak, że robię zabiegi, czasem dorzucę jakiś sport i może w sumie to pomyślę o diecie. O nie. Kolejność musi być totalnie odwrotna – najpierw zdrowo się odżywiam, potem włączam w codzienny plan dnia aktywność fizyczną, a na końcu dopiero stawiam na zabiegi, które będą uzupełnieniem kompleksowej pielęgnacji ciała – spoiwem, a nie jego podstawą. Nie ma co tylko korzystać z samych zabiegów, bo to po prostu jest strasznie głupie.

Czy ma Pani jakieś słabości? Coś, co może nie do końca dobrze wpływa na organizm, no ale… Może cukier? Za dużo kawy? 😉

Słodycze. Moim przekleństwem są słodycze, które staram się ograniczać. Kiedyś bardzo mądra dietetyczka powiedziała mi, że raz w miesiącu mogę zjeść tyle, że aż na myśl o kolejnej porcji cukru będzie mi słabo i baaardzo niedobrze (śmiech). Dlaczego? Bo na kolejny miesiąc będę miała dość! Ale nie jest to łatwe, niestety. Pracując na co dzień w korporacji, trudno uniknąć słodkich przekąsek – o nawet teraz stoją przed nami na stole i kuszą. No i słodycze pocieszają… Jak jest Ci źle i usiądziesz sobie nad dobrą kawką i jeszcze lepszą bezą, to świat od razu wydaje się bardziej przyjazny.

I na pewno słodszy?

No pewnie. Dlatego ja nie udaje, że nie jem słodyczy. Jem – tylko z głową. I staram się je jeść maksymalnie do południa, a jak już poszaleję, to do końca dnia odpuszczam klasyczne posiłki np. na rzecz soku marchwiowego czy z wyciśniętego z buraka. No i pamiętam, że następna porcja najwcześniej za kilka tygodni 😉

Jest Pani osobą publiczną, można Panią spotkać na tzw. ściankach. Staje tam Pani obok osób, którym rysy twarzy zmieniła dieta, bo przecież one nic nigdy nie poprawiały, a określenie medycyna estetyczna prawie w ogóle nie jest im znane (śmiech). Sama zaś nie ma Pani problemu z tym, żeby przyznać, że tak – ja takie zabiegi stosuje. Nie boi się Pani posądzenia o próżność? O wydawanie pieniędzy na fanaberię? Bo nadal niektórzy tak właśnie procedury z tej gałęzi medycyny postrzegają.

Nie, nie mam z tym kłopotu. Ja medycynę estetyczną traktuję z taką regularnością, jak wizyty u dentysty, dermatologa lub neurloga. Lekarz medycyny estetycznej to nadal lekarz, którego zadaniem jest pomoc mi, w jak najbardziej korzystnym – i naturalnym! – wyglądzie. Dzięki niemu mam się dobrze czuć w swojej skórze. Więc jak ktoś chodzi raz na trzy lata do stomatologa i analogicznie raz na trzy lata zafunduje sobie jakiś zabieg, to ja nie widzę w tym większego sensu. Ja, mając 44 lata, mam w sobie pewien rodzaj uczciwości, z czego jestem dumna. I nie będę kłamać, że wszystko załatwi sport i dieta. No bo OK – jeśli będę wykonywać dziennie 100 prawidłowych brzuszków, oponka może zniknie, ale wspominany już wcześniej tłuszczyk wokół kolan nie. I tu jest miejsce właśnie na zabiegi z zakresu medycyny estetycznej. Dlaczego więc z nich nie skorzystać?

Paulina i Magda

logo akcji

#pieknobezobaw

Partnerem programu jest:

logo

www.klinikalaperla.pl

Facebook-button.jpgwww.facebook.com/pieknobezobaw/